Sky Blue Bobblehead Bunny

6 sierpnia 2013

Destiny - Rozdział 2

 
            Po reaktywacji bloga, dodaniu parta SSB przyszedł czas także na Destiny!
Mamy nadzieję, że czekaliście na nie i spodoba Wam się kolejny rozdział.
Długo się za niego zabierałyśmy ale przecież nie możemy robić kolejnej pauzy, prawda? ^_^
Nasi czytelnicy są motywacją do dalszego pisania, dziękujemy Wam za to, że czytacie nasze wypociny. Chociaż musimy przyznać się, iż sprawia nam przyjemność pisanie akurat tego opowiadania, ponieważ piszemy go wspólnie.
Na pewno należy podziękować także za cierpliwość, bo cóż... xD z częstym dodawaniem notek to u nas krucho.  Wasze komentarze dodają nam ,,powera", bo wiemy, że mamy dla kogo pisać. (◠‿◠)
Po tej przerwie, która trwała przez kilka miesięcy zamierzamy to zadośćuczynić.
Będziecie wyczekiwać?  :>
         Akcja w tym rozdziale nie jest zbyt urozmaicona i może nic specjalnego się nie dzieje.
Jednakże, wszystko dopiero się rozkręca ;)
Zamierzamy się starać aby Was nie zawieść.
Nie przeciągając, zapraszamy do czytania ♥  

             
 Z dedykacją dla wszystkich komentujących   

Mańka i Zośka 

 Rozdział 2

,,On"














              Otworzyłem oczy przez chwile nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje.

 Dopiero uporczywe szczypanie w nadgarstkach ocuciło mnie i przypomniało o wszystkim.
Nie miałem pojęcia czy straciłem przytomność czy tylko zasnąłem. Patrzyłem tępo przez szybę, wbijając wzrok w niebo. Rozlewały się po nim wszelakie barwy żółci, błękitu i pomarańczu. Jakby ktoś z impetem wylał niebieską farbę na płótno, a następnie dodał inne ciepłe kolory, powolnymi ruchami malując pędzlem blade płomienie. Tak, niebo płonęło. Moje nadgarstki także.
Gdzieś w oddali wznosiła się wielka ognista tarcza, budząc ludzi do życia. Zwykły świt, choć dla mnie porównywalny z końcem świata.
Widok nieba nie przyniósł mi ulgi, tylko jeszcze bardziej trzymał mnie w lęku. Modliłem się, żeby był to tylko zły sen, koszmar. Zaparłem się i nie chciałem spojrzeć w bok. Nie zamierzałem patrzeć na kierowce, tym samym przypominając sobie kim on jest. Wiedziałem, ale mimo tego, gdzieś w głębi tliła się nadzieja, że tak naprawdę go tam nie ma.
Co teraz ze mną będzie?
Ścianki mojego żołądka zaczęły łaskotać nieprzyjemne prądy przerażenia, które rozeszły się po każdej części ciała. Na samą myśl o tym, co może mi się stać, czułem jak oblewają mnie zimne poty i robi mi się niedobrze.
Zerknąłem na moje nadgarstki. Z przerażeniem stwierdziłem, że wyglądają strasznie. Związał mnie jakąś cienką, a zarazem bardzo mocną i ostrą linką. Cokolwiek to było, boleśnie wżynało mi się w skórę, tworząc głębokie rany. Dłonie były całe sine, chociaż to akurat mógł spowodować okropny ziąb, który sparaliżował całe moje ciało.
Jak na jesień przystało noce są wyjątkowo chłodne, a ja przez cały czas leżałem ubrany tak, jak wyszedłem z domu, czyli niezbyt ciepło. Czułem się jak bryła lodu, ale o jakimkolwiek okryciu mogłem tylko pomarzyć. Nie było mowy o zwróceniu jego uwagi na mnie, a tym bardziej poproszenie go o jakieś przykrycie. Nie po tym, co stało się wcześniej. Może to jakiś psychopata, który mnie gdzieś wypatrzył, a teraz chce się nade mną poznęcać. Najlepiej byłoby, gdyby pomyślał, że nie żyje i porzucił gdzieś po drodze… Nie, to jednak nie najlepszy pomysł, bo jeszcze wrzuciłby mnie do rzeki.
       Ponownie zerknąłem przez szybę. Nawet nie chciałem myśleć jak daleko jestem od domu. Był wczesny poranek, więc to oznaczało, że jechaliśmy całą noc. Przecież to mogły być nawet setki kilometrów od domu. Czułem okropny żal, że zdecydowałem się na ucieczkę na imprezę. To przez tą moją cholerną dumę. Gdyby nie ona, zostałbym w rodzinnej posiadłości i nic takiego by się nie stało.
Martwiłem się o moich rodziców. Może zostałem porwany dla okupu, albo to samo ma przydarzyć się także im. Jak ich ostrzec?
Wzdrygnąłem się na samą myśl, o tym. Dreszcze przerażenia mieszały się tymi związanymi z chłodną temperaturą. Myślałem, że prędzej umrę z wyziębienia niż zdąży mnie gdziekolwiek dowieść. Do moich uszu doszło ciche chrząknięcie. Naprężyłem się i znieruchomiałem gwałtownie, próbując nawet zatrzymać dreszcze. Wszystko, byle by mnie nie zauważył.
Mimowolnie zerknąłem w jego kierunku. Kierownicę trzymał lewą dłonią, delikatnie tak, że nigdy bym nie pomyślał ( szczególnie po wczorajszym szamotaniu się z nim), iż stać go na tak subtelne ruchy.
Prawa ręka, swobodnie opierała się na podłokietniku zamontowanym między siedzeniem kierowcy, a pasażera. Siedział wygodnie w fotelu, nadzwyczaj spokojnie, jakby był zwykłym taksówkarzem, ze znudzeniem wykonywającym swoją pracę.
Ile bym dał, żeby tak właśnie było.
Wywnioskowałem po tym co widziałem, że nie wie, o moim obudzeniu się. Właśnie wtedy mój wzrok bezwiednie zahaczył o lusterko...
Niemal podskoczyłem, gdy zobaczyłem w nim parę czekoladowych oczu, spoglądających na mnie uważnie spod daszka ciemnej czapki. Były pod nimi lekkie siniaki, może z powodu nocnej jazdy?
Wpatrywał się we mnie jak sroka w gnat, w ogóle nie zwracając uwagi na jezdnie.
Chciałem się ukryć, uciec jak najdalej przed tym wzrokiem. Te intensywnie czekoladowe oczy, nie zdawał się zdradzać nic, co mogło by mnie niepokoić, chociaż cienie pod nimi nadawały im czegoś co budziło we mnie lęk. Być może dużo w życiu widziały podobnych sytuacji i już się przyzwyczaiły?
Próbowałem nie patrzeć w jego kierunku, spuszczałem wzrok, ale co podnosiłem go z powrotem , by sprawdzić czy w lusterku nadal widnieje para dużych oczu one wciąż tam były i zdawały się być jeszcze bardziej straszniejsze i tajemnicze niż wcześniej.
Po raz kolejny zadrżałem, a brwi nad oczami zmarszczyły się, jakby ich właściciel intensywnie nad czymś myślał. Mnie wydawały się teraz wrogie, jakby zaraz miał mnie zabić jakimś niewidzialnym laserem wychodzącym z nich. Połypał na mnie złowrogo jeszcze przez chwilę, co sprawiło, że już nie trząsłem się, lecz miałem atak drgawek. Chłód jaki panował, był minimalny porównując go do tego czającego się w Jego oczach.
Zniknęły.
Brązowe tęczówki przykryły powieki. Trwało to kilka sekund, choć dla mnie wydawało się to trwać znacznie dłużej. Zaraz ponownie zerknęły na mnie, lecz były bardziej przymrużone.
Jakby należały do dzikiego tygrysa, który przygląda się swojej ofierze i czai się na nią zza gęstych zarośli.
Nagle powędrowały w bok, w kierunku siedzenia pasażera. Umięśniona długa ręka powędrowała za nimi, powoli, ostrożnie, jakby była pod panowaniem pary dużych ciemnych oczu. Wydawałoby się, że się ich boi. Chwyciła coś. Mięśnie na niej napięły się, co świadczyło o tym, że zaciska mocno palce na ów przedmiocie. To, nie mogło być niebezpieczne. Jeśli byłaby to broń, z której miałbym zginąć zrobił by to szybko, bez zastanowienia. Tak, że nie zdążyłbym nawet  zorientować się, kiedy umarłem.
Nastąpił ruch, którego się nie spodziewałem. Rzucił szybko w moim kierunku, ciemno zielony, miękki i poskładany w kostkę koc.
         - Przykryj się, bo zamarzniesz – rzucił od niechcenia, nawet na mnie nie patrząc. Automatycznie zmrużyłem oczy, gdy miękki, puszysty przedmiot wylądował na moim ciele. A dokładnie na twarzy. Poczułem się lekko zażenowany. Zlitował się nade mną, czy chciał mnie po prostu udusić? Jakkolwiek, ostatnia opcja mogła się zaraz sprawdzić, gdyż już po kilku minutach zaczęło brakować mi tlenu. Koc był gruby, a ja nie mogłem nawet się nim okryć. Mimo upragnionego ciepła musiałem pozbyć się go z twarzy. Zastanawiałem się jak mam to zrobić, aby niepotrzebnie nie zwracać uwagi kierowcy. Bałem się nawet oddychać, a co dopiero poruszyć. O użyciu rąk nie było mowy. Nadal były związane, o czym przypominały mi ciągle piekące nadgarstki. Poruszyłem głową, starając się zsunąć z niej puszysty pled. Bezskutecznie. Spróbowałem jeszcze raz, tym razem nieco gwałtowniej. Nagle poczułem jak auto zwalnia, a czyjeś ręce zdejmują ze mnie koc, następnie mnie nim przykrywają. Kiedy odważyłem się już otworzyć oczy, serce niemal podeszło mi do gardła. Mężczyzna odwrócony był w moją stronę, jakby zupełnie zapomniał, że prowadzi samochód. Czy on chce zabić siebie, a przy okazji i mnie? Chciałem krzyknąć do niego coś w rodzaju „patrz na drogę idioto!”, jednak zdałem sobie sprawę, że nie potrafię. On widząc, że panikuję szybko dokończył szczelne okrywanie mnie. Po chwili odwrócił się i jak gdyby nigdy nic, wrócił do poprzedniej czynności. Nie mogłem otrząsnąć się z szoku. Jeszcze przez parę minut leżałem nieruchomo, wbijając wzrok w bliżej nieokreślone miejsce z zupełną pustką w głowie.
Po chwili przeniosłem swoją uwagę na lusterko, widząc odbijającą się w nim twarz mężczyzny. Próbowałem odgadnąć o czym teraz myśli. W tej właśnie chwili najbardziej żałowałem, że nie mam jakiejś paranormalnej mocy czytania ludziom w myślach. Mógłbym dowiedzieć się czegoś o jego zamiarach.
Nie wiem ile czasu minęło, ale zdążyłem się uspokoić. Przynajmniej tak mi się wydawało. Na zewnątrz zrobiło się już całkiem jasno, mimo częściowo zachmurzonego nieba.
Wtem usłyszałem dzwonek telefonu. Odruchowo zamknąłem oczy, mocno zaciskając powieki. Mężczyzna nie odbierał go. Może to było coś, czego nie powinienem usłyszeć? Jeśli będę udawał, że śpię, może uda mi się czegoś dowiedzieć.
Owinięty szczelnie kocem, miałem zamknięte oczy, tak aby wyglądało jakbym naprawdę zasnął. Między czasie odrobinkę uchylając powiekę, obserwowałem twarz porywacza w lusterku. Telefon nadal dzwonił głośno i nieprzyjemnie.
Para czekoladowych oczu pojawiła się tam gdzie wcześniej, przyglądając mi się przez dłuższą chwilę. Zamlaskałem niby to przez sen, aby być bardziej wiarygodnym. Sięgnął do kieszeni czarnych spodni, wyciągając wyjące urządzenie.
        - Co jest? - usłyszałem po chwili jego głęboki i opanowany głos, chociaż zdawało się słyszeć w nim odrobinę rozkojarzenia.
- Niezbyt – rzucił chłodno do słuchawki, tym razem bez ogródek odwracając się w moją stronę.
Słuchał czegoś w milczeniu, a lewa dłoń zaciskała się mocno na kierownicy, aż widać było na niej ścięgna.
- Jak to, nie udało wam się? Zchrzaniliście to? Idioci! - podnosił głos, z każdym kolejnym słowem.
- Posłuchaj – zniżył swój głos do szeptu – Gówno mnie to obchodzi, że tacy kretyni jak wy, dali plamę podczas tak ważnej akcji… Nie, nie denerwuj mnie nawet. Jakbyście byli ze mną, to bym was tam sam porozstrzelał przy murze, za takie zagrywki… Nie obchodzi mnie to. Drugie podejście ma być perfekcyjnie. Jak to spieprzycie, to wiadomość idzie do szefa, a wiecie czym to się kończy - po moim ciele przeleciał nieprzyjemny dreszcz strachu, spowodowany tonem mężczyzny oraz samymi słowami, które wypowiedział. Nie wiedziałem co mam o tym wszystkim myśleć.
- Mam nadzieję, że następnym razem zadzwonisz z dobrymi nowinami – warknął groźnie do aparatu i rozłączył się. Rzucił telefon na fotel obok i westchnął głęboko, klnąc cicho pod nosem.
Następnie naprężył się i objął mocniej dłońmi kierownice, naciskając bardziej pedał gazu.
Jechaliśmy szybko, a silnik mruczał niczym drapieżny zwierz. Mknęliśmy przez stare drogi, więc dziwiłem się, że nie czułem żadnego wstrząsu. Dopiero teraz zorientowałem się, że jest to nowoczesne auto, które widziałem w reklamach. To podejrzane. Porywacz nie sprawia wrażenia, jakby zechciał zażądać okupu. Przynajmniej jego rzeczy na to nie wskazują.
Może mam się przygotować na szybką kulkę w łeb w pobliskim gąszczu? Powinienem zacząć się modlić, ale z tego wszystkiego pozapominałem wszystkie słowa. Cholera, mam nadzieję, że Bóg mnie przyjmie bez testu sprawdzającego.
W moim żołądku znów zaczęły harcować nerwy oraz strach, które sprawiły, że zbierało mi się na wymioty i o mało nie zabrudziłem wbudowanego DVD w siedzeniu pasażera.
Przeniosłem wzrok ponownie na okno, gdzie zamiast wschodzącej płonącej gwiazdy zastałem kolorową mozaikę, która gdybyśmy zwolnili, pewnie okazałby się lasem.
           Czas dłużył się niemiłosiernie, wydawało mi się, że leże tam całą wieczność. Sam nie wiedziałem  co mam zrobić. Zostało mi tylko bezsilne czekanie na to, co przyniesie los, oraz cicha wiara w to, że może ktoś zauważył, że zniknąłem. Że znajdą mnie na czas, zanim coś mi się stanie.
Lecz mimo wszystko, widziałem swoją przyszłość niezbyt optymistycznie, wręcz tragicznie. Rozpaczliwie próbowałem coś wymyślić, bez skutku.
W głowie miałem tylko rozmowę, którą usłyszałem przed chwilą. Mimo, że nie wiedziałem dokładnie o co chodziło, na samą myśl o tej całej „akcji” robiło mi się słabo. Czy chodziło o moich bliskich?
Teraz zrobiłbym wszystko, mógłbym nawet zginąć, byleby moim rodzicom nic się nie stało. Bo to wszystko tylko i wyłącznie moja wina. Żal, bezsilność, nieopanowany strach, wszystko to chciałem z siebie wyrzucić, wykrzyczeć. 
Jednak wciąż leżałem nieruchomo i miałem zamknięte oczy, udając, że śpię. Nadal byłem narażony na atak tych czekoladowych, wielkich oczu, czyhających na mnie w lusterku.
Nieoczekiwanie poczułem wibrowanie w jednej z kieszeni spodni. Momentalnie zdrętwiałem, a moje ciało oblały zimne poty. Modliłem się tylko, aby on niczego nie usłyszał. Po paru sekundach uspokoiłem się trochę i poczułem ulgę, wszystko wskazywało na to, że niczego nie zauważył. Ten koc musiał być naprawdę gruby. Byłem mu wdzięczny mimo tego, iż jeszcze niedawno próbował mnie udusić.
Po chwili telefon się uspokoił, lecz nie minęło parę sekund, a ożywił się znowu i tak kilka razy. Musieli zauważyć, że zniknąłem i teraz próbują się ze mną skontaktować. Martwiłem się o mamę, pewnie umiera ze strachu.
W końcu urządzenie zupełnie ucichło. Postanowiłem, że spróbuje go wyciągnąć z kieszeni. Kto wie, może uda mi się coś zdziałać, nie szkodzi spróbować. Znacznie gorzej będzie, gdy zostanę zauważony.
Poruszyłem dłońmi i poczułem przeogromny ból, rozchodzący się po całych rękach, aż do ramion. Ledwie powstrzymałem się od głośnego jęknięcia. 

Tak źle jeszcze nie było. Ponaglałem się w duchu, że jeśli chcę przeżyć muszę zacząć działać.
Nie zważając na ból, sięgnąłem do kieszeni. Zrobiłem to najostrożniej jak tylko potrafiłem. Udało mi się i telefon wylądował obok mnie. Starałem się ponownie go chwycić, a gdy już mi się to udało, na ślepo próbowałem wystukać coś na klawiaturze.
Nagle samochód gwałtownie zahamował. Z przerażeniem otwarłem szeroko oczy i zobaczyłem twarz, która już zdążyła wyryć się w mojej pamięci. Była zupełnie bez wyrazu. Mężczyzna, ku mojemu zdziwieniu odkrył koc i wyrwał mi komórkę z dłoni.
       - Sprytny jesteś, wiesz? – odparł po chwili, a w jego głosie można było usłyszeć nutkę rozbawienia. – Jednak to nie jest czas, ani miejsce na takie zagrania. Chyba dobrze wiesz, co ci grozi?
Przełknąłem głośno ślinę nie bardzo wiedząc jak mam się zachować.
Teraz znów miałem pustkę w głowie. Moja ostatnia deska ratunku zniknęła tak samo szybko, jak się pojawiła.
Pustka zaczęła również ogarniać moje odrętwiałe ciało. Powoli opuszczały mnie wszelakie emocje, ustępując miejsce smutnej bezsilności.

Nie widziałem w tym momencie żadnego ratunku, a mimo to w mojej głowie szumiało jak w ulu od natłoku myśli. Potrząsnąłem nią, aby wyrzucić choć trochę pesymistycznych teorii, związanych z moją przyszłością. Sprawiały one tylko, że w moim gardle stawała nieznana mi klucha, a po plecach przelatywał  zimny dreszcz.
Zadrżałem. Tym razem nie z zimna, lecz ze strachu. Kończyny zaczęły mnie mrowić, po czym przeistoczyło się to w ból.  Poruszyłem się niespokojnie na siedzeniu, aby choć trochę rozruszać nogi. Porywacz zerknął na mnie uważnie i podejrzliwie, a upewniwszy się, że nic nie kombinuje, pochylił się nad siedzeniem. Wciąż wibrował na nim mój telefon, na co mężczyzna uśmiechnął się złośliwie.
- Oj, mamusia się martwi - prychnął arogancko i wziął komórkę w dłoń.
Zorientowałem się, gdy zaczął go rozbierać, że zamierza pozbyć się karty sim.
Rzeczy, która jako jedna z niewielu ułatwiłaby odnalezienie mnie.
Krew zaczęła dopływać mi do twarzy, a w uszach szumieć od jej przepływu.
Nie miałem pojęcia czy ze złości, czy może ze strachu. Spuściłem wzrok i natrafiłem na drzwi samochodowe. Tak... Podczas jazdy mógłbym się zabić, ale teraz?
Podniosłem zakrwawione i drżąće dłonie ku klamce i niezgrabnie za nią pociągnąłem. Kątem oka zarejestrowałem jak brunet rzuca aparat telefoniczny do schowka.
Wszystko trwało w ułamku sekundy.
Wyskoczyłem z samochodu, przygotowując się do szybkiego sprintu.
Koc, oplątujący moje ciało spowolnił moją ucieczkę, ale dałem radę się wydostać. Stanąłem na czarnym asfalcie na giętkich nogach, o mało nie upadłem z powodu obolałych kończyn i zawrotu głowy.
Adrenalina krążąca w moich żyłach dodała mi sił, aby poderwać się z miejsca.
Biegłem w przeciwnym kierunku, w który jechaliśmy. Nawet nie odwracając się za siebie. Spoglądałem tylko w lewą w stronę na las, wyczekując jakieś dróżki, w którą mógłbym pobiec. Nie słyszałem za sobą kroków ani tupotu , więc uznałem to za dobry znak. Dopiero teraz dotarło do mnie jaki ten eskodus był bezmyślny i niemądry, w każdej chwili może mnie złapać. Umknięcie mu graniczyło z cudem.
Jednak moje ciało chciało uciekać jak najdalej. Wszystko stało sie pod wpływem impulsu i miałem cichą nadzieję, że wyjdę z tego cało...
Coś szarpnęło mnie za ramię, odwróciło boleśnie ściskając, a potem poczułem silne uderzenie z zaciśniętej pięści w szczękę. Zachwiałem się ale powstrzymała mnie ów trzymająca mnie mocno ręka. Otworzyłem oczy, trzymając się związanymi dłońmi za obolałe i pulsujące miejsce. Rwało mnie tak bardzo, że pomacałem trafione miejsce, aby sprawdzić czy jest całe.
         - Ty mały gnojku! Myślisz, że mam ochotę ganiać za tobą? - wysyczał jadowicie, szarpiąc mną i zaciskając jeszcze mocniej palce na moim ciele. Popatrzyłem na jego twarz. Ściągnięte brwi i zaciśnięte zęby mówiły same za siebie o jego wściekłości. Do tego jego ciemne oczy, wręcz ciskały piorunami w moim kierunku.
Dorwał mnie, a ja głupi myślałem, że mu ucieknę. To był człowiek, który na pewno  specjalizował się w takich napadach. Nie miałem z nim szans.
- Jakbym nie miał dowieść cię żywego, to zapakowałbym ci kulkę w plecy - warknął, ciągnąc mnie w stronę samochodu. Zamarłem gdy to powiedział, mogłem za taką próbę ucieczki podpisać na siebie wyrok. Naprawdę groziło mi niemałe niebezpieczeństwo.
A ja nic nie mogłem na to poradzić. Wiedziałem jedno. Takiej nienawiści jaką czułem do tego typa, nigdy jeszcze nie odczułem do kogoś innego. Postanowiłem, że strach przed nim zastąpię ogromną animozją, na którą tylko będzie mnie stać.
Niedługo potem znów zajmowałem tą samą pozycję w aucie. Do obolałego ciała dołączyła jeszcze boląca szczęka. Miałem wrażenie, że zaraz umrę. Żałowałem, że odważyłem się na próbę ucieczki, tym samym dodając sobie cierpienia. Teraz będzie mnie traktował jeszcze gorzej niż wcześniej. Będę w jego oczach nic nie wartą rzeczą, którą za wszelką cenę chce zniszczyć.
Dotarcie na miejsce zajęło nam kilkanaście minut. Nie wiedziałem gdzie jesteśmy. Nie miałem siły nawet podnieść wzroku.
Mężczyzna wyszedł z auta, a następnie otworzył tylne drzwi.
       - Wstawaj – rzucił głosem tak chłodnym, że aż cały zadrżałem. Widząc, że bez skutku próbuję się podnieść zaśmiał się wrednie. – Mam ci pomóc? Nie do wiary. Jeszcze niedawno nogi same rwały ci się do ucieczki. A teraz co?  
Jeszcze raz ten głęboki, przesycony kpiną i jadem głos. Łzy same cisnęły mi się do oczu, nie tylko przez ogarniającą mnie niemoc i ogromy ból, lecz też przez te słowa pełnie nienawiści. Miałem dość. Słona ciecz mimowolnie spłynęła po moich policzkach, mimo, iż próbowałem ją powstrzymywać.
Prychnął widząc, że się rozklejam i bez żadnych skrupułów, boleśnie szarpnął mnie za ramię. Z mojego gardła wydobył się cichy jęk bólu, kiedy udało mu się podnieść mnie do siadu. Jeszcze jedno mocne szarpnięcie, którym zmusił mnie do wyjścia z auta. Niezdarnie stanąłem na obolałych nogach, lecz zaraz potem upadłem na kolana, rękami podpierając się o zimną ziemię. Chciałem się pod nią zapaść, byleby tylko stąd uciec.
Tym razem oszczędził sobie słów, widząc, że za nic w świecie nie dam rady stanąć o własnych siłach. Podniósł mnie i przerzucił sobie moje ciało przez ramię, niczym nic nie wartą rzecz.
Otworzyłem, do tej pory zamknięte i mokre od łez oczy i zobaczyłem przed sobą gęsty las, otaczający nas ze wszystkich stron. Jakiś most, krzaki, trawę sięgającą do kolan. Wszystko w odcieniach szarości, tak samo jak mój los.
Czekałem tylko na moment, by zostać sam i dać upust emocjom, jakie komulowały się we mnie, do tej pory nie pozwalałem wydostać się im na zewnątrz.
Zamknąłem ciążące mi powieki i jak przez ścianę słyszałem otwierane drzwi, a później skrzypiące schody. Weszliśmy chyba do jakiegoś pomieszczenia, bo nagle zatrzymał się, a potem poczułem tylko więcej bólu i zimną, okurzoną podłogę. Rzucił mną, jak jakąś brudną szmatą. Nie unosiłem wzroku. Nie chciałem znów zobaczyć tej twarzy, człowieka bez uczuć. Skuliłem się drżąc lekko. Odszedł. Usłyszałem tylko zgrzyt klucza w zamku i mimowolnie, pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem ulgę.
Resztkami sił odwróciłem się na plecy, mając nadzieję, że szybko tu nie wróci. Dopiero teraz dokładnie mogłem zobaczyć w jakim jestem stanie. Doszedłem do wniosku, że cudem jeszcze żyję. Nadal nie mogłem uwolnić rąk, na których zbierała się skrzepnięta już krew, ciągle sącząca się z ran. Oddychałem ciężko. Nie wiem czy tylko z powodu mojego opłakanego stanu, czy też z nadmiaru strachu i przerażenia.
Teraz już nie oponowałem i bez cienia najmniejszej niepewności dałem upust łzom, które powoli skapywały na brudną podłogę. W gardle ugrzęzła mi wielka gula, zaciskając je mocno. Pozwoliłem sobie nawet na ciche łkanie, mając gdzieś, że on może mnie słyszeć. Już nic się nie liczyło.
Rozglądając się zapłakanym wzrokiem po pomieszczeniu, zauważyłem w kącie jednoosobowe łóżko. Poczołgałem się do niego po drewnianej i okurzonej podłodze. Nie wyglądało na jakoś specjalnie wygodne, ale teraz mi to nie przeszkadzało. Sunąłem dalej, zbierając brud na swoje ubranie, a krople łez rozbijały się o parkiet. Nagle poczułem niemiłosierne rwanie i szczypanie w nadgarstkach. Otarłem słoną ciecz spływająca mi po policzku przedramieniem i spojrzałem na palące miejsce. Związane dłonie były tak pokrwawione, że szkarłatna ciesz spływała aż do łokci. Wytężyłem wzrok i spostrzegłem zieloną żyłkę, którą związane były moje nadgarstki. Przecięła dotkliwie moją skórę, wbijając się głębiej i raniąc jeszcze bardziej.
Nie bałem się, byłem tylko ciekawy czy nie uszkodziła żył. W tym momencie było mi wszystko jedno. Zapewnie i tak zginę. Ale co byłoby lepszą śmiercią? Wykrwawienie się? Czy może skatowanie przez bezdusznego kata, który mnie tutaj sprowadził? Nie wiedziałem co się ze mną stanie, a sama myśl o tym, co ON może ze mną zrobić napawała mnie takim lękiem, że zastanawiałem się, czy nie powinienem sam odebrać sobie życia. Przynajmniej nie bolałoby tak bardzo.
On - nie znałem jego imienia. Miałem dziwne przeczucie, że jest ono mroczne i tajemnicze jak on sam. Chciałem je poznać, jednak nie z ciekawości, tylko po to, aby je znienawidzić. Czuć odrazę do niego i noszonego przez niego imienia, aż do końca swoich dni.
Jaki miał cel w tym porwaniu? Może on też mnie nienawidzi? Na tyle, że wbije mi nóż w serce, gdy będę spał? Albo będzie sprawiał mi ból każdego dnia mojego życia, aż zapragnę by mnie zabił i będę o to prosił?
Przed oczami stanęła mi zapłakana matka, chowająca twarz w dłoniach i łkająca głośno. Za nią ojciec z zrozpaczonym grymasem na twarzy i zaczerwionymi oczami. Jestem ich jedynym synem, cierpieliby po mojej stracie. A ja? Za co mam umrzeć? Za co mam cierpieć?
Nie zrobiłem nic złego. Przede mną całe życie, tyle planów, tyle marzeń, tyle przyzwyczajeń.
Czy powinienem tkwić tutaj niczym więzień czekający na wyrok?
W moim ciele oprócz bólu poczułem dziwny prąd, który wydawał się przywracać sprawność w moich kończynach. Powinienem chociaż spróbować się stąd wyrwać.
Może jestem głupi, bo próbowałem raz i zostałem ukarany, chociaż to nic w porównaniu z tym co mi groziło. Zmarszczyłem brwi siląc się na to, aby zacząć logicznie myśleć.
On może wziąć za mnie okup, lub mnie zabić. Równie dobrze może wyciągnąć pieniądze od moich rodziców, a potem załadować mi ,,kulkę w plecy".
Jeśli coś zrobię to pokrzyżuje mu plany. Jeżeliby udałoby mi się uciec, albo zginąłbym podczas umykania to nie wziąłby okupu, a ja mniej bym cierpiał.
Wciągnąłem głośno powietrze nosem, a potem zorientowałem się, że przestałem już lamentować.
Taemin weź się w garść, jeszcze nie wszystko stracone. Podparłem się na łóżku i wstałem na równe nogi, lekko chybotając się na boki. Miałem wrażenie, jakbym zamiast kości miał gąbkę.
Rozejrzałem się po pokoju, czując pulsowanie w nadgarstkach. Nie zwracałem uwagi na wygląd pomieszczenia. Zamierzałem znaleźć coś, co pomogłoby mi pozbyć się wbijającej się boleśnie w moje ciało żyłki. Spostrzegłem małą, skromną, wykonaną z drewna szafkę nocną. Otwarłem jej szufladkę,  jednak znalazłem tam tylko kurz i paczkę chusteczek higienicznych.
Zacząłem szukać dalej podchodząc na giętkich nogach do mebli na ścianie obok. Otwierałem szafki, szuflady ale natrafiałem na bezużyteczne w tym momencie rzeczy. Jakieś zakurzone książki, gazety , parę ubrań, skarpetek i nic szczególnego.
Z przykrością stwierdziłem, że nie znajdę tu nic co mogłoby mi się przydać.
Taka świadomość wypuszczała ze mnie cały zapał i chęć przeżycia, jak powietrze z dmuchanego balonika. Czułem się niczym taka gumowa kula, która po wypuszczeniu z niej gazu ląduje na ziemi.
W tym momencie i ja opadałem na dno. Westchnąłem głośno patrząc na zaścielone białą narzutą łóżko. Nogi same mnie tam poprowadziły.
         Kiedy się obudziłem na dworze zmierzchało Czy to oznaczało, że spałem cały dzień? Musiałem być naprawdę zmęczony, bo nic ani NIKT mnie nie obudził. Chyba nabrałem trochę sił, bo nie byłem już tak zmordowany. Podniosłem się do pozycji siedzącej, opierając się o zimną, białą ścianę. Wciąż jednak byłem osłabiony, a na dodatek bardzo głodny. Dopiero teraz poczułem uporczywe skręty żołądka. Zdałem sobie sprawę, że nie jadłem zupełnie nic od wczorajszej kolacji z rodzicami. Czyli jednak mam umrzeć z głodu…
Rozejrzałem się po pokoju. Wówczas teraz zauważyłem, że na stoliku stojącym po drugiej stronie pokoju świeci się słabo mała lampka.
Czyli musiał tu wejść, kiedy spałem i ją zaświecić.
Na samą myśl się wzdrygnąłem. Może chciał mnie już stąd wyprowadzić pod mur i rozstrzelać? Ale zlitował się, gdy zobaczył mnie śpiącego? Gdyby miał jakiekolwiek uczucia to może byłbym w stanie w to uwierzyć.
Do głowy nie przychodził mi żaden inny powód, dlatego postanowiłem nie roztrząsać i to zignorować. Grunt, że jeszcze żyję.
         Bezsilnym wzrokiem ponownie powiodłem przez ledwo oświetlane pomieszczenie.
 Wstałem powoli, gdyż nadal kręciło mi się w głowie i podszedłem do starej, drewnianej szafy. Otworzyłem ją z nadzieją, lecz zastałem tam tylko kilka metalowych wieszaków. Oparłem się czołem o jedną z jej drzwiczek, wzdychając ciężko. Może po prostu rzucę się na oślep z tego okna i będzie po sprawie.
Odsunąłem się z zamiarem zamknięcia szafy i rzucenia się z powrotem na łóżko, kiedy w oczy rzuciło mi się małe lusterko przyczepione do wewnętrznej strony drzwi . Miałem ochotę krzyknąć, gdy zobaczyłem w nim swoje odbicie. Rozczochrane włosy, podkrążone i zaczerwienione oczy, spuchnięta twarz, a całość dopełniał wielki siniak na policzku. Skrzywiłem się z niesmakiem, odwracając wzrok w drugą stronę, byleby nie musieć na siebie patrzeć. Gdybym miał wolne dłonie już dawno potłukłbym to lusterko z wściekłości.
Zaraz…
Nagle mnie olśniło. Przecież jeśli zbiłbym lusterko, mógłbym uwolnić dłonie kawałkami szkła. Pojawił się mały promyk nadziei, który wywołał nikły uśmiech na mojej twarzy. Pierwszy dzisiejszego dnia.  Zdjęcie lusterka sprawiło mi wiele trudu z powodu skostniałych już doszczętnie dłoni. Jeśli dożyję to pewnie mi je amputują…
 Jednak po jakimś czasie mi się to udało i trzymałem niewielki, prostokątny przedmiot w rękach. Pomyślałem, że nie zrobię większego hałasu, jeśli zbiję je podeszwą buta. To zawsze lepszy wybór niż rzucenie nim z całych sił o podłogę.
Ostrożnie położyłem je na ziemi, kumulując całe siły, które jeszcze mi pozostały i udało się. Cienkie szkło rozbiło się na kilka kawałków wypadając z drewnianej ramki. Usiadłem na podłodze i chwyciłem jedno ze szkiełek. Najmniejszy ruch rękoma sprawiał mi ogromy ból, jednak nie miałem wyboru. Wygiąłem dłoń jak najbardziej mogłem i udało mi się dotknąć ostrą krawędzią szkła, wystającej linki. Mocne szarpnięcie i w jednej chwili poczułem wielką ulgę. Jakby ktoś właśnie uwolnił moje kończyny od gardła rekina. Zastygłe mięśnie mogły w końcu zacząć pracować, a palce swobodnie poruszyć. Szczęście jakie mnie ogarnęło było ogromne. Tak błaha rzecz, jednak dała mi tyle odwagi i motywacji do dalszego działania.
Postanowiłem szybko coś wymyślić, bo przecież on może się zjawić tu w każdej chwili.
Jedyną możliwą ucieczką były drzwi lub okno. Pierwszą opcję od razu skreśliłem, a skakając z piętra przecież się zabiję. Podszedłem do okna, by sprawdzić odległość jaka dzieli mnie od ziemi, żeby zweryfikować  jak bardzo się roztrzaskam. Wciąż drżącymi dłońmi otwarłem je na oścież. Wszędzie ciemność, żadnej latarni, jedynie słabe światło półksiężyca na niebie. Wytężyłem wzrok i zobaczyłem grube gałęzie. Wystawiłem głowę przez okno, czując powiew zimnego, jesiennego wiatru i moim oczom ukazało się drzewo, z którego pochodziły ów gałęzie. Były gołe, jedynie kilka zeschłych liści ostatnimi siłami uchroniło się przed spadnięciem. Wyciągnąłem rękę dotykając chropowatych gałęzi. Stwierdziłem, że raczej nie powinny się pode mną załamać. Znowu wymykanie się przez okno. Powtórka z rozrywki. Podniosłem stopę, kładąc ją na parapecie. To samo zrobiłem z drugą i już po chwili kuczałem, wpatrując się w dół. Nie było tak daleko by się zabić, lecz wystarczająco by złamać kark. Wziąłem się w garść, przezwyciężając strach i zaraz potem wisiałem uczepiony gałęzi niczym jeszcze nieporadny kot. Wszystko poszłoby nadzwyczaj sprawnie, gdyby nie moje nienadające się do użycia dłonie. Miałem wrażenie, że zaraz mi odpadną, lecz ostatnią siłą woli przesunąłem się do pnia i objąłem go nogami swobodnie zsuwając się w dół.
Byłem podekscytowany, kiedy moje stopy dotknęły podłoża, ale jednocześnie przerażony. Zupełnie nie wiedziałem gdzie jestem, a wokół panowała cisza i ciemność. Pozbyłem się zdrowego rozsądku i bez dłuższego namysłu pobiegłem przed siebie, starając się o nic nie potknąć.
Po drodze prawie wpadłem do lodowatej rzeki, która otaczała cały budynek. Tu było naprawdę jak w horrorze. Biegłem dalej nie zważając na zimno i przeszkody. Jak najdalej stąd! 
          Kiedy w końcu się zatrzymałem, zdałem sobie sprawę, że otaczają mnie jedynie drzewa i nic więcej. Przeraziło mnie to nie na żarty, jednak czego mogłem się spodziewać? W sumie lepsze to niż przebywanie w jednym budynku ze znęcającym się nad tobą zwierzęciem, bo człowiekiem to tego bym nie nazwał.
Finalnie resztki moich sił wyczerpały się doszczętnie. Ledwo trzymałem się na nogach. Byłem głodny, brudny, obolały i okropnie zmęczony. Nogi same się pode mną ugięły i wylądowałem pod drzewem, opierając ociężałą głowę o chropowatą korę.
Już sam nie wiedziałem czy to był dobry wybór. Zacząłem zmieniać zdanie pod wpływem rozpaczy, która aż mną targała. Znów dostałem dreszczy. Byłem cały rozpalony. Na domiar złego nabawiłem się gorączki, a w głowie huczały mi skołatane myśli. Poczułem, jak wszystko wokół zaczyna wirować. Zrobiło mi się niedobrze. Resztkami sił położyłem się na wilgotnych liściach, przykładając rozpalone czoło do zimnej ziemi. Chciałem zasnąć i obudzić się bez tego okropnego uczucia. Zaraz potem zrobiło mi się słabo jak nigdy i odpłynąłem, zatracając się w ciemności…